Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Wspomnienia.

Wspomnienia.

12/07/2009 19:29:44

Wspomnienie jest formą spotkania.

~*~

Ćma leci sobie wolno. Zatrzymuje się obok lampki nocnej, ciągle włączonej. Przysiada na żarówce. Żarówka świeci jasno, dlatego ćma na niej przysiada. Świeci tak jasno, że ćma w końcu spłonie, ale wcale nie będzie jej to przeszkadzało. Będzie siedzieć tam ciągle, aż czyjaś ręka nie zgniecie jej skrzydeł tak bardzo, że nie będzie miała już czym uciec. I umrze.

Ale przedtem odwiedzi jeszcze dziesiątki innych domów, dziesiątki innych świecących jasno lamp. Na początku nie będzie wiedziała, że na któreś z nich przyjdzie jej zakończyć swoją wędrówkę, jednak będzie podróżować śmiało, z jednej świecącej kuli na drugą.

Bardzo podobnie jest z ludźmi. Na początku, gdy się rodzą i dorastają nie są świadomi, że kiedyś przyjdzie ich czas. Bardzo rzadko też którykolwiek człowiek może jasno powiedzieć, co znaczy ''spłonąć na lampce''. Doświadczony będzie o tym wiedział, jednak młody nie przejmie się tym ani trochę. Będzie zbyt pochłonięty poznawaniem świata, za bardzo zajęty tym, by zobaczyć i dowiedzieć się jak najwięcej. Ale w końcu i ten młody człowiek stanie przed tym, co nieuniknione.

~**~

Był ciepły poranek ósmego lipca, a zegar wskazywał godzinę dokładnie 8:14. Jaskrawe światło przebijało się przez ciemne zasłony i wypełniało cały pokój. Otwarte okno wpuszczało do środka spazmy świeżego powietrza, które wędrowało od sufitu do dywanu i rozchodziło się we wszystkie strony.

Młody Sam właśnie zawędrował w stronę niewielkiej toalety. Naprawdę niewielkiej, bo ledwo mieści się tam kibel i prysznic, a w dodatku całe to pomieszczenie jest na tyle nieporęczne, że łatwo poślizgnąć się na mydle albo zalać wszystko wodą. Prysznic musiał ponadto zrobić sobie sam, bo nie chciał wydawać następnych pieniędzy. Trochę przeciekał, ale w sumie jemu to nie przeszkadzało. Na półce miał niezbyt elegancko ułożone różne toaletowe przybory: kubek ze szczoteczką do zębów, pasta wybielająca czy też krem nawilżający, którego nawiasem mówiąc jeszcze nigdy nie użył.

Wziął szybki prysznic, na tyle gorący, żeby otworzyć oczy. Wstawanie rano nie było jego dobrą stroną, za to dobrą metodą, by zaoszczędzić sobie czasu na parzenie kawy jest właśnie gorący prysznic. Opłukał się i wyszedł. Wytarł ciało w ręcznik, nałożył czystą bieliznę. Chwilę potem był gotowy do wyjścia.

To pierwsza randka. Naprawdę pierwsza, prawdziwa randka! Chyba jeszcze nigdy nie miał takich drżących rąk. Chyba zaraz wrócę się do domu, pomyślał przelotnie, spoglądając w niebo i wziąwszy głęboki oddech, usiadł na ławkę w parku. Powinien być za kilka minut, mam jeszcze czas, żeby się uspokoić. Właśnie, spokojnie, Sam, przecież nic się nie dzieje, nic się nie dzieje.
W gruncie rzeczy wcale tak nie było. Jego ciało bulgotało niczym wrząca woda i miał nieodparte wrażenie, że zaraz zwymiotuje na ulicę. I nie będzie się przejmował, czy nikomu nie zniszczył nowych butów. A niech to. Wcale nie chciało mu się wymiotować. Był po prostu tak okropnie zdenerwowany.
Poznał go kilka miesięcy temu przez koleżankę. Pomyślał, że jeśli spotka się z nim raz, to przecież nic się nie stanie. No i spotkał. No i pożałował. I wynikło z tego właśnie to. Kolejne spotkanie. A potem jeszcze jedno i w końcu – któregoś wieczoru, po jednym piwie – dowiedział się, że jest bardzo miłym chłopakiem i został również zapytany, czy nie chciałby umówić się na randkę za jakiś tydzień. Zgodził się. No i co teraz?

Wiatr przerzedzał jego włosy lekkimi spazmami. Na czoło zaszło mu kilka kosmyków ciemnych włosów, ale nie odgarniał ich. Nie przeszkadzało. Tylko lekko łaskotało. Uśmiechnął się do siebie i westchnął głęboko. Kolejny spazm letniego wiatru wzbił się w jego czuprynę. Ręce wciąż drżały.

– Hej! Cześć! - Jonathan położył rękę na ramieniu Sama, a ten wzdrygnął się, jakby była wyjątkowo zimna. W rzeczywistości jednak wcale nie przestraszył się zimna jego dłoni (bo wcale zimna nie była), lecz samego spotkania.

(Zielone oczy masz...)

– Och – Zaczął niewinnym, pozbawionym wyrazu głosem, lecz po chwili odzyskał panowanie – Cześć. Wystraszyłeś mnie. Mogłeś zadzwonić i powiedzieć, że idziesz, wtedy...
– No i co wtedy, do cholery jasnej? Przygotowałbym się, opanował drżenie rąk, bo aktualnie ruszają się, jakby kopał mnie prąd o wysokim natężeniu. Na miłość boską, przecież mu tego nie powie.
– Wybacz – Uśmiechnął się przyjaźnie – Zapomniałem.

(Komu dziś je dasz?)

– Gdzie chcesz iść?
– W sumie... jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. - Odparł Jon, przy czym zabawnie zmarszczył nos i Sam powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem. - Może ty masz jakiś plan?
– Ja też się nad tym nie zastanawiałem.
I wtedy uśmiechnęli się do siebie, porozumiewawczo. Sam czuł się tak dziwnie chyba pierwszy raz w życiu, chociaż... z drugiej strony, to było całkiem miłe uczucie.

~*~

Wrócił do domu i też wskoczył pod prysznic. Tym razem darował sobie te wszystkie codziennie rytuały i ekspresowo wylądował w łóżku. Przykryty kołdrą jedynie do pasa, zamknął oczy i już po chwili był już zupełnie w innym miejscu, innym czasie.

Znalazł się w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu, chociaż porastało go wiele znanych mu roślin. Widział dzikie trawy, gdzieniegdzie również wplątał się żółty mlecz. Ptaki krążyły wysoko nad jego głową, na pobliskim drzewie przysiadła wrona. Ogarnęło go nieprzyjemnie uczucie chłodu, jakby igły wbijały mu się w każdą komórkę, nawet najmniejszą. Wzdrygnął się, lecz wcale nie przeraził tą myślą.
Rozejrzał się mimowolnie wokół siebie. Nie rozpoznawał tego miejsca, jednak wydawało mu się w pewien sposób znajome. Czasami tak jest, że człowiek nie wie, skąd kojarzy jakieś miejsce, ale istotnie jest mu znane. To może dlatego, że niektóre szczegóły, na przykład te żółte mlecze, przypominały własne podwórko.
Igły opuściły jego ciało w jednej chwili. Zza chmur wyjrzało słońce, jego przyjemne ciepło rozlało się od kostek aż po uszy. W pewnej chwili jednak zdał sobie sprawę, że ktoś go obserwuje. Nie wiedział skąd, ale był świadomy, że to tylko wymysł własnej wyobraźni. Tylko skoro to jest tylko wymyślone przez jego podświadomość miejsce – do licha – z jakiegoś powodu bardzo wydawało się być znajome.
– Jest tutaj ktoś?
Wiatr. Tylko wiatr. To dziwne, ale tu chyba nie było wcale żadnych zwierząt. Przynajmniej żywych.
– Halo, czy...
– Spłoszysz wspomnienia. Nie krzycz tak.
Przyjemny, męski głos rozległ się i przeszedł echem. Wcale się go nie bał. Był kojący i bardzo głęboki. Zupełnie, jakby pochodził z bardzo daleka, lecz mimo to był niesłychanie donośny.
I już chciał coś powiedzieć, jednak głos ponownie się odezwał.
– Nie wiesz, co to za miejsce?
Przez chwilę zastanawiał się, czy wystarczy pokręcić głową, czy może ma się odezwać. Bo ten ktoś może jest bardzo blisko, a może – bardzo daleko.
– Nie - Stwierdził krótko – Nigdy przedtem tutaj nie byłem.
– Nie możesz. To miejsce Twoich wspomnień. Sam zbudowałeś to miejsce, kamień po kamieniu, a raczej – głos był wyraźnie rozbawiony – wspomnienie po wspomnieniu.
– Skąd to wiesz? Kim w ogóle jesteś?
– Tego też nie wiesz? To ja – Sam. Jestem Tobą. Tak samo, jak ty jesteś mną. Tu wszystko jest Tobą. Mówię tylko to, co chcesz usłyszeć. Takie mam zadanie.
Zawahał się. To był do prawdy dziwny sen. On sam, gdzieś daleko, mówi. I znowu: On sam, gdzieś daleko, mówi do SAMEGO siebie. I znowu: We śnie.

~*~

Wolno otworzył oczy. Spodziewał się, że zaraz znowu je zamknie, ale wcale tak się nie stało. Nie – bo jeszcze nie wstało Słońce. Ciągle trwała noc. Tak upojna i spokojna, że Samowi wydawała się wręcz nierealna. Jednak – po chwili stwierdził, że jest jak najbardziej prawdziwa. I stwierdził coś jeszcze. Że jest mu okropnie zimno. Tak, jakby ciągle był na tym cmentarzu, boso, w samych bokserkach, jakby trwał tam. Ale wcale nie! Przecież jest TU, w swoim łóżku, ciepłym łóżku.
Spojrzał w sufit. Zaczął pocierać lekko dłonią ramię i stwierdził, że jest mu już odrobinę cieplej. Sufit był przecież biały, ale chwila – przecież to nie ma nic do rzeczy. Jakiś absurd. Ten sen też był kompletnym absurdem, lecz wydawał się bardzo realny i taki... swój. Nie wiedział, jak dokładnie ma to wyjaśnić, jednak to słowo pasowało tu najbardziej. Był po prostu swój. W tej zieleni czuł się jak w domu. Jak w ciepłym łóżku. Ale zamiast tego białego sufitu było niebo. Ciemne, granatowe sklepienie, a na nim setki gwiazd, lecz nie wszystkie widać. Niektóre chowają się pod płaszcz nocy – umyślnie ukrywają swoją urodę.

Przez chwilę zastanawiał się, o czym rozmawiał wczorajszego dnia z Jonathanem. I na myśl przyszła tylko jedna rzecz: nie pamięta. Nie pamięta. Ale jak to; to było dopiero wczoraj, jak można zapomnieć o czymś, co było wczoraj. A jednak można – bo jakby inaczej wytłumaczył to wszystko? No, w końcu wcale się nie upił do upadłego, ba, przecież nie pił nic w ogóle. Ale w końcu to się stało. Jednak... czy to takie ważne? Przecież nie, nie ważne.

Zaraz wstanie nowy dzień, pomyślał i na swój koślawy sposób ześlizgnął się z łóżka niczym obślizgła motyla larwa. Chwilę potem wykonywał już rutynowe czynności. Siusiu, prysznic, zęby, kawa, wiadomości raczej z przyzwyczajenia i nałożywszy wreszcie dżinsy, stanął w miejscu. Nagle ogarnęło go dziwne uczucie przyziemności. Nie spodziewał się tego zupełnie, ale tak się po prostu zdarzyło.

Płoszysz wspomnienia, cicho. Cicho bądź. One zawsze wracają. Wspomnienia zawsze wracają. Pamiętaj.

Pamięta. Pamięta jak nigdy dotąd. Jeszcze do dzisiaj pamięta śmierć matki pod kołami tego tira. Minęło już 6 lat. Ale wciąż pamięta. To prawda, wspomnienia wracają, w najmniej oczekiwanym momencie. I potrafią ukuć cię w serce tak mocno, że zawyjesz z bólu, lecz zdusisz go w sobie. I to wszystko prawda. Zdusisz w sobie niefizyczny ból wspomnień, który będzie wracał zawsze. Zawsze, razem ze wspomnieniami.

Nigdy nie płosz swoich wspomnień. Pozwól im swobodnie przeminąć. Wtedy one nie będą się mścić. Nic ci nie zrobią. A jeśli nie – będą zawsze wracać. I ból będzie coraz większy, bo one będą wracać coraz częściej.

Ale on nad tym nie panuje. Nie może po prostu im rozkazać, powiedzieć, żeby odeszły. Nie potrafi, choćby chciał. One zawsze będą wracać do jego życia. Teraz i zawsze. Na zawsze.

Noc ciągle trwała.

~*~

Słońce wychyliło się nad horyzont jak gdyby nigdy nic. Ciemną powłoczkę tajemnicy rozwiał lekki poranny wiatr. Samochody i ludzie byli już w ruchu. Miasto się spieszyło.
Kiedy Sam był małym chłopcem, zginęła jego matka. Dlatego teraz tak bardzo nienawidzi samochodów, szczególnie ciężarówek. Jedna z takich wielkich, sześćciokłowych maszyn zabiła mu matkę, gdy ta wyszła – niby po chleb. Tak się mówi – idę po chleb. I już się nie wraca.
Sam pamiętał ten dzień bardzo dobrze. Był to drugi tydzień jego szkoły, 9 września, a on był wtedy w szkole. Pamiętał, że gdy wrócił do domu, panowało tam wielkie zamieszanie. Nie wiedział, co się dzieje. Zapytał jednego z ubranych w mundur mężczyzn, który stał w drzwiach z poważną miną.
– Twoja mama odeszła, złotko.
I zadźwięczało mu w głowie słowo odeszła... Ciągle tylko ono. Powtarzane tak uporczywie, że można dostać schizofrenii.
Złotko.
Ona.
Odeszła, odeszła. ODESZŁA.

Moja matka nie żyje, przeszło mu wtedy przez myśl. Umarła. Chociaż jeszcze nie wiedział, jak zginęła, wiedział, że umarła. Człowiek jest tak zbudowany, że wie, kiedy ktoś umiera, bo wtedy serce zaczyna bić szybciej, a do oczu nachodzą łzy.
I wszystko się przypomina. Każde dobre słowo zaczyna dudnić w głowie. Każde kocham cię, synku. Dosłownie. Nie ma już odwrotu, stało się to, co miało się stać. Nikt już nie pomoże. Kocham cię synku.
Po wszystkim poszedł do pokoju. I dopiero tam zaczął płakać. Nie chciał spoglądać na matkę. Wiedział, że to będzie bolało jeszcze bardziej. Jednak, nie mógł się przemóc. Ciągle słyszał ten głos, to słowo.

Ona
Odeszła.
Ale wspomnienia wracają. Zawsze wracają, złotko.

~*~

Kot przebiegł obok jego nogi, zawijając ogon na kostce. Sam otworzył oczy, gdy tylko poczuł ciepły dotyk. To tylko kot, to tylko Syriusz. Ale Syriusz patrzył na niego swoimi zielonymi oczami i domagał się, by ten wziął go na ręce. Zamruczał.
– Nie, nie dzisiaj.
Owszem, dzisiaj, odpowiedziały mu źrenice kota.
I co? Co teraz powiesz, Sammie? Co teraz powiesz, co cholery, ty głupi człowieku? Myślisz, że nie mam nad Tobą władzy? Mam, Sammie. Mam.

I znowu prawie zapomniał o tym, że umówił się na spacer z Jonathanem. Zerwał się. Założył buty. Zamknął drzwi. Już go nie było.

Zadzwonił do drzwi na ulicy Kinga 1 i otworzył mu sam Jon. Trochę roztrzepany, lecz uśmiechnięty, jak zwykle. Sam uśmiechnął się również mimowolnie. Ten chłopak wyzwalał w nim takie emocje, takie uczucia.
– Hej – Rzucił i wpuścił gościa do środka.

Całe pomieszczenie skąpane było w letnich promieniach słońca. Śnieżnobiałe firany powiewały, pomarańczowe ściany witały gości swoim ciepłym kolorem. Elewacja doskonała. Ciepła, pozytywna. Jednak Sam poczuł się nieswojo. Jak intruz. Czasami tak miał, chociaż nieczęsto. Gdy przekroczył próg dużego salonu, poczuł chłód. Przed chwilą wydawało mu się, że wszystko tutaj jest takie ciepłe, ale... teraz już tak nie było. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę to tylko złudzenie. Tak naprawdę sztory były ciemnofioletowe, a ściany brązowe. Nadal czuł się nieswojo i tak dziwnie. Niezmiernie dziwnie.
Poczuł na sobie wzrok Jona. Nie chciał odwracać głowy, bo bał się, że zobaczy całkiem inną twarz. Twarz przestępcy, ukrywającego się tutaj niczym mysz chowająca się w dziurze starego domu przed kotem. I to by się zgadzało. Sam był kotem. Dlaczego czuł się tutaj tak nieswojo.
– Wejdź.
To był dziwny głos. Przez chwilę Sam miał wrażenie, że to tylko akustyka pomieszczenia, ale nie. Ten głos faktycznie był inny, dziwny, nieznany, taki szorstki. Odwrócił głowę. Jon wyglądał zupełnie normalnie, włosy nadal miał rozrzucone, ale uśmiechał się. Uśmiechał się tak przyjaźnie, lecz fałszywie.
Jego oczy mówiły: Mam cię. Mam nad tobą władzę, głupi człowieku. Teraz Jon był kotem, a Sam myszką. Co więcej – Sam z własnej woli pozwolił się złapać. Chwileczkę.

Znowu zimno. Te cholerne igły, na miłość boską. Co tu się dzieje. Ten dom jest jakiś dziwny. Czuję się w nim jakoś dziwnie. Nie tak wyobrażałem sobie ten dom. Dlaczego on taki jest? Nie chcę być tutaj!
– No, Sammie, wejdź.
To zabrzmiało jednak jak: Sammie, złotko. Ona odeszła. Wejdź natychmiast i zamknij drzwi. I nie próbuj uciekać. I tak się złapię.

Sam miał ochotę wyć. Krzyczeć, ile tylko można. Otworzył drzwi i uciekł. Więcej już tutaj nie wchodził. Nigdy więcej nie widział Jonathana z King 1.

~*~

Następnej nocy znów miał sen. Podobny, lecz w każdym elemencie trochę się różniący. To już nie noc, lecz dzień. Jego matka, jakby przez mgłę, mówiła
– Sammie, wspomnienia zawsze wracają. Nie uciekaj od wspomnień. One zawsze wrócą. Pozwól im przeminąć. Pamiętaj, że ty też jesteś czyimś wspomnieniem. I pamiętaj – gdy wszystko minie – wspomnienia pozostaną. Pamiętaj.


(jesteś moim wspomnieniem).


aishiteru

[Powrót] Komentuj

Kara

» 12/07/2009 21:32:26
| brak www IP: 89.230.194.120

No naprawdę ciekawie napisane ;)
Oby tak dalej,
pozdrawiam!!

Yaee.

» 12/07/2009 19:43:03
| brak www IP: 83.22.10.101

piekielnie dobre.
zresztą - mówiłam Ci już.

i oby to się nigdy nie zmieniło.